Budzę się, gdy ktoś trzaska drzwiami. Otwieram oczy i rozglądam się zaspanym wzrokiem po pomieszczeniu. W końcu moje spojrzenie wpada na osobę, która mnie obudziła. To Merlin. Ma na sobie długą czarną szatę sięgającą do kostek, a na głowę ma narzucony szeroki kaptur przysłaniający mu połowę twarzy. Ziewam i próbuję przetrzeć oczy, ale ręce mam skrępowane kajdankami.
-Czy to konieczne?- pytam Merlina spoglądając na jego strój.
-Tak- odpowiada podchodząc do mnie. Nachyla się i zdejmuje z moich nadgarstków kajdanki. Bez pomocy kluczyka. No tak. Przecież dla niego to normalka. Spoglądam przez okno. Zdziwiona marszczę brwi. Przecież dopiero świta.
-Merlin mogę się mylić, ale zdaję mi się, że wieczór jeszcze nie nadszedł- mówię.
-Masz rację, ale musisz się przygotować.
-Przygotować?
-No tak. Wiesz prysznic, ubrać czyste ubrania i te sprawy- informuje.
-A kto mi te czyste ubrania przyniesie?- krzyżuję ręce na piersi.
-Matthew się wszystkim zajmie- mówi i kuca obmacując palcami podłogę. W drzwiach pojawia się Matt. Ma na sobie obcisłą ciemną koszulkę i przetarte dżinsy. Ciemne loki opadają na jego zielone oczy. Tak intensywnie zielone. No dobra. Można przyznać, że jest przystojny. Ale co z tego skoro jest kompletnym kretynem?
-Idziemy się w końcu wykąpać co śmierdzioszku?- pyta z szeroki uśmiechem. Przewracam oczami.
-Och, spadaj- warczę i wychodzę z pomieszczenia. Idę przed siebie, ponieważ nie wiem gdzie jest łazienka. Wiem gdzie znajduje się toaleta, ale łazienka to już nie.
-W lewo!- krzyczy Matt doganiając mnie. Zgodnie z jego instrukcją skręcam w tamtą stronę. Dochodzę na koniec korytarza i stoję przed białymi drzwiami.
-Tutaj?- pytam.
-Tak- odpowiada Matt. Naciskam na klamkę i wchodzę do środka. Pomieszczenie nie jest duże. Tylko prysznic, umywalka i trochę wolnej przestrzeni. Na jednym z wieszaku wisi zielony ręcznik.
-Rozbierz się i wskakuj po prysznic- instruuje mnie Matt. Spoglądam na niego marszcząc brwi.
-A ty będziesz na to patrzył? Przepraszam, ale nie jestem panią od zabawiania mężczyzn- prycham.
-Naprawdę? A myślałem, że tym zarabiasz na życie.- Matt udaje zdziwienia.
-Och, czy mógłbyś się chociaż odwrócić?- pytam zrezygnowana.
-Jak sobie życzysz księżniczko- odwraca się.
-Nie nazywaj mnie tak- warczę zdejmując przez głowę czarną koszulkę i rzucam ją na podłogę.
-To jak? Może skarbie?
-Jeszcze gorzej- informuję i na podłodze lądują bojówki.
-Hmm. To może poczwaro?
-Lepiej- mówię zdejmując bieliznę.
-No to zostaje przy księżniczce- informuje i normalnie czuję (nie wiem jak), że się uśmiecha. Przewracam oczami i odsuwam cienką zasłonkę od prysznica. Wchodzę na zimną posadzkę i ponownie zasłaniam zasłonę. Puszczam wodę i przekręcam kurek na ciepłą, aby woda się ociepliła. Spoglądam na swoje rzeczy do higieny. Arbuzowy płyn do ciała i szampon o tym samym zapachu.
-Ej, skąd wiedziałeś czego używam do mycia?- marszczę brwi.
-Kobieto spędziłem z tobą połowę twojego życia. Wiem o tobie praktycznie wszystko- odpowiada, a po moim ciele przepływa dreszcz. Co?
-To śmieszne i niemożliwe. Nigdy w życiu cię nie widziałam dopóki nie dostałam czymś w głowę- mówię i wyciskam sobie na dłonie trochę żelu pod prysznic. W kabinie roznosi się rozkoszny zapach arbuza. Pocieram jedną dłonią o drugą, a później nanoszę chłodny żel na swoje ciało. Och, jak dobrze. W końcu mogę zmyć z siebie cały brud ostatnich dwóch tygodni. Nie tylko brud na ciele, ale też na duszy. Chociaż...
-Pamiętasz Cookie'go?- pyta Matt wyrywając mnie z rozmyślań. Na imię mojego psa coś chłodnego łapie mnie za serce. To on był moim najlepszym przyjacielem. To on budził mnie codziennie rano, wysłuchiwał mojego marudzenia, pocieszał mnie, zlizywał moje łzy.
-Pamiętam- odpowiadam szorstko. Łapię w dłonie prysznic i zaczynam opłukiwać swoje ciało. Słyszę jak Matt bierze głęboki wdech.
-To ja nim byłem- mówi. Zaprzestaje swojej czynności i prostuję się. Co on powiedział?
-Ta, bo uwierzę ci w to, że byłeś moim psem- prycham, gdy jestem zdolna coś wypowiedzieć.
- Nie wierzysz? Jak się wykąpiesz to coś ci pokażę- mówi.
-Dobrze, ale nie licz na to, że to coś zmieni. Nie jesteś, nie byłeś i nie będziesz moim psem- mówię i nakładam sobie na włosy szampon. To jest niemożliwe, żebym przez tyle lat nie zauważyła, że mój pies to naprawdę człowiek. Wmasowuje szampon w swoje włosy po czym dokładnie go spłukuje. Odsuwam zasłonkę i wychodzę na chłodną podłogę robiąc duże mokre plamy. Owijam się zielonym ręcznikiem, który jest szorstki.
-Masz przy sobie ubranie dla mnie?- pytam. Matt odwraca się w moją stronę, gdy kończę owijać ręcznik wokół swojego ciała.
-Nie. Zaraz je przyniosę- informuje i odchodzi. Wycieram ciało w ręcznik. Nagle przychodzi mi pewna myśl do głowy. Prostuję się jak struna. Przecież on wyszedł, więc mam możliwość na ucieczkę. Szybko wędruję wzrokiem w kąt łazienki, gdzie zostawiłam ubrania. Cholera! Matt je zabrał. A naga przecież stąd nie ucieknę.Warczę zdenerwowana. Co za przebiegły drań! Ponownie owijam się w ręcznik i czekam na przybycie Matt'a. Po chwili wraca, a w ręku ściska czarną bieliznę i białą sukienkę. Podaje mi je.
-Dzięki. A teraz się odwróć- nakazuję, a chłopak robi to co mówię. Odwiązuję ręcznik, który opada na podłogę. Zakładam bieliznę i przez głowę wciągam sukienkę. Jest ona białej barwy i jest zwiewna. Ma długie rękawy i sięga do połowy ud. Okej. Jest trochę krótka. Ogólnie nie w moim stylu, ale cóż. Schylam się po ręcznik i zaczynam wycierać włosy.Po skończonej czynności odkładam ręcznik na wieszak.
-Masz jakąś szczotkę?- pytam Matt'a. Chłopak odwraca się w moją stronę. Obrzuca mnie spojrzeniem od dołu do góry.
-Niezłe masz nogi- komentuje.
-Dlatego nie pokazuje swojego ciała- warczę. Brunet marszczy brwi.
-O co ci chodzi?
-Nie lubię komplementów- informuję. -Poza tym, zadałam ci pytanie.
-Tak, mam szczotkę. Proszę- mówi podając mi szczotkę, która idealnie pasuje do dłoni. Jest mała. Zaczynam rozczesywać nią swoje brązowe loki. Po chwili oddaję ją chłopakowi.
-Masz może dla mnie buty?- pytam poruszając palcami i stóp.
-Zdaje mi się, że zostawiłem je w aucie. Więc chodź ze mną. Od razu pokaże ci to co chciałem ci pokazać- mówi i ujmuje moją dłoń i zauważam jak pomiędzy naszymi palcami przeskakuje mała, srebrna iskierka. Szybko zabieram dłoń, a Matt patrzy na mnie zdziwiony.
-Nie rób tego więcej- mówię.
-Ale to nie ja- mówi zdumiony. Okej. Coś tu się dzieje i nie wiem co. I nie. Na pewno to nie jest iskierka, która oznajmia przyszłą wielką miłość. Na pewno.
-Ani nie ja, więc nie wiem o co chodzi- mówię przestępując z nogi na nogę. -Dobra, nieważne. Prowadź na zewnątrz.
Chłopak wedle mojego polecenia wychodzi z łazienki. Wracamy tą samą drogą, którą tu przyszliśmy i po chwili stoimy przed dużymi metalowymi drzwiami. Mają chyba milion zamków. Ale tak naprawdę. Matt bierze się za ich otwieranie. Po chwili popycha barkiem drzwi i do środka wślizguje się świeże powietrze. Zamykam oczy z rozkoszą i wdycham zapach kwiatów, trawy i lasu.
-Chodź- ponagla mnie Matt. Niechętnie otwieram oczy i wychodzę za brunetem. Moje stopy dotykają nieprzyjemnego żwiru, który kłuje mnie w skórę. Po chwili jednak schodzimy na trawę. Matt prowadzi mnie w głąb lasu, a następnie wspinamy się na jakąś górkę. Wysoka, zielona trawa delikatnie łaskocze mnie w gołe stopy i łydki. Słońce oświetla moją twarz i wysusza włosy. Och jak przyjemnie znów być na zewnątrz! Matt staje na górce z skrzyżowanymi rękoma. Dochodzę do niego i siadam na miękkiej trawie po turecku. Spoglądam w górę i mrużę oczy, gdyż słońce mnie po nich razi.
-No, pokazuj to co masz do pokazania- mówię. Chłopak zdejmuje koszulkę.
-To konieczne- mówi, prześcigając mnie z zamiarem zadania mu o to pytania.
-Okej- mruczę i chłopak zsuwa z nóg dżinsy. Czy to też konieczne? Stoi przede mną w samych bokserkach. Dosłownie. Bez butów niczego.
-Zamknij oczy- nakazuje, a ja spełniam jego żądanie. Czuję ciepły powiew na twarzy, a następnie przez powieki przesącza się jaskrawe światło.
-Mogę już je otworzyć oczy?- pytam, a gdy nie słyszę odpowiedzi robię to co zamierzałam. Zdumiona zrywam się z trawy. Przede mną stoi mój pies. Cookie. A po brunecie ani śladu. No oprócz jego ubrań rozrzuconych na trawie, ale tak to nigdzie go nie ma. Podchodzę do Cookie'go i klękam przed nim. Ostrożnie wyciągam dłoń w jego stronę, a on wtula pysk w moją dłoń. Uśmiecham się.
-Cookie, stary przyjacielu- szepczę i przytulam go mocno do siebie. Czuję jak po moich policzkach spływają łzy. Cały natłok ostatnich tygodni zsumował się we mnie i cała bariera pękła. Jeżeli Cookie tu jest wszystko będzie dobrze. Przejeżdżam dłonią po sierści swojego psa i jeszcze mocniej się w niego wtulam. Słyszę delikatne mruknięcie i znów oślepia mnie światło. Nie czuję już sierści lecz nagą skórę. Zdziwiona otwieram oczy i zauważam, że tulę się do człowieka. Szybko odskakuje od niego z piskiem. To Matt. Mrużę oczy.
-Co ty zrobiłeś?- pytam ocierając szybko łzy.
-Amatis, Cookie to ja- mówi. Nie.Nie.Nie.
-To niemożliwe- mówię.
-Możliwe. Widziałaś przed chwilą jak się w niego zmieniłem. A później znów przybrałem swoją postać- mówi spokojnie. Czuję wzbierającą we mnie złość. Jak on śmiał. Przecież ja całowałam Cookie'go, pozwalałam mu ze mną spać, pozwalałam mu kłaść jego głowę na moje uda. A tu okazuje się, że mój pies to był jakiś zboczeniec? To przesadza!
-Jesteś dupkiem- warczę. Odwracam się i zaczynam zbiegać po górce po drodze trącając palcami samotne kamyki tak, że w końcu palce zaczynają mi krwawić. Zbiegam na dół i dobiegam do żwirowej ścieżki. Łzy spływają mi obficie po policzkach. To już za wiele. Tego już za wiele! Oglądam się za siebie i widzę jak Matt zbiega po górce ubierając koszulkę.
-Amatis, czekaj!- krzyczy.
-Och, ja ci dam czekaj- warczę i zaczynam biec przed siebie. Nie wiem gdzie. Po prostu przed siebie.Jak najdalej od tych wszystkich kłamstw. Czuję pieczenie w moich piszczelach, a w płucach mam ogień. Ale to nie zniechęca mnie do biegu. Wręcz przeciwnie. Przyśpieszam i biegnę jeszcze szybciej. Słyszę kroki za sobą i wiem, że to Matt. Nie odwracam się tylko skręcam w las. Wbiegam w niego i zaczynam przedzierać się przez krzaki i kolce. Zmęczona biegiem staje za drzewem i opieram się o nie dłonią. Pochylam się i biorę potężne wdechy. Przez chwilę nie słyszę żadnych kroków, więc spokojnie wdycham świeże powietrze. Po chwili czuję jak ktoś oplata mnie ramionami. Zaczynam się wyrywać.
-Puść mnie!- krzyczę, ale osoba nic sobie z tego nie robi. Odwraca mnie w swoją stronę i przyciska do siebie. Czuję znajomy zapach trawy i lasu. Dalej się szarpię.
-Amatis, spokojnie- słyszę Matt'a i czuję jego dłoń na swoich włosach. Zaczynam szlochać.
-Zostaw mnie.
-Nie zostawię. Zgubisz się i zginiesz z głodu- mruczy i zaczyna gładzić moje włosy.
-Nienawidzę cię- oświadczam już trochę uspokojona.
-Wiem- mówi i śmieje się delikatnie. Nie wyrywam się już, ale dalej czuję wobec niego złość i nieufność.
-Nie puścisz mnie, prawda?- pytam.
-Prawda- potwierdza. Wzdycham głośno i opieram czoło o jego klatkę piersiową. Jego zapach mnie uspokaja, ale jego osoba denerwuje. Taki paradoks. Czuję pieczenie w stopach i ogień w płucach. Ciepła krew wytycza sobie ścieżki pomiędzy moimi palcami. To nie ma sensu. Nic nie ma sensu. Całe moje dotychczasowe życie było kłamstwem. Muszę je zbudować od nowa. Tak. To moje postanowienie...
________________________________________________________________________________
Za wszelkie błędy, które się tu pojawią przepraszam, ale piszę to na szybko i przyznam szczerze, że nie chce mi się tego sprawdzać ;-;
Dziękuję za każde wejście i za każdy komentarz ♥
Przepraszam, że tak rzadko dodaję rozdziały. Postaram się częściej :)x
Ahoj, czytelnicy! x
Coraz bardziej podoba mi się ten blog. :D Amatis i Matt są świetni. :)
OdpowiedzUsuńŻyczę weny :*
Jejku, dziękuję ♥
UsuńI wzajemnie ^^
Świetne! Nigdy nie domyśliłabym się, że Matt to Cookie. Widzę, że między Mattem i Amatis jest coraz ciekawiej :) Powodzenia w dalszym pisaniu :*
OdpowiedzUsuńDziękuję ♥ Haha, być może xd Dziękuję x
UsuńCzy wspominałam o tym jak bardzo uwielbiam Matta? :D
OdpowiedzUsuńŚwietne i mam nadzieję, że kolejny rozdział szybko się pojawi!
Pozdrawiam i życzę weny. :*
Chyba wspominałaś :D Dziękuję i ją tez mam taką nadzieję, haha x
OdpowiedzUsuńDziękuję i wzajemnie :)x