-Wiesz co? Zdaję mi się, że musimy wracać- mówię, gdy zdaję sobie sprawę, że długo już stoimy w tym lesie.
-Tak, masz rację. Poza tym musimy przemyć ci stopy z krwi- mówi, a ja spoglądam w dół. Moje nogi są całe w czerwonej substancji.
-Racja- przyznaję i zaczynamy iść w stronę ceglanego budynku, a Matt podąża za mną. Z każdym krokiem czuję ogromne pieczenie w stopach i się krzywię.
-Boli cię?- spyta Matt wyrównując ze mną krok.
-Trochę- przyznaję. Brunet przystaje, więc robię to samo. Spoglądam na niego zdziwiona, a on przybliża się do mnie i nachyla się wkładając rękę pod moje kolana, a następnie kładzie rękę na moje plecy i mnie unosi. Zaczynam piszczeć i wierzgać nogami.
-Puść mnie!- nakazuję.
-Nie- odpowiada i zaczyna iść. Warczę zirytowana i zarzucam mu ramiona na szyję, aby nie spaść.
-Czy ty zawsze musisz robić wszystko po swojemu?- pytam.
-Tak- uśmiecha się.
-Jesteś irytujący. Nie wiem jak z tobą wytrzymuję- wzdycham.
-To przez mój urok osobisty. To on cię przyciąga- mówi brunet.
Po przejściu żwirowej ścieżki już jesteśmy w ceglanym budynku. Merlin stoi na środku korytarza ze skrzyżowanymi ramionami i obrzuca nas oskarżającym spojrzeniem.
-Gdzie się szlajaliście?- warczy. Kaptur ma nasunięty na połowę głowy, ale spod niego i tak błyszczą jego żółte oczy.
-Tak się złożyło, że Matt zaciągnął mnie do lasu i wtedy...
-Nie chcę waszych wyjaśnień- przerywa mi Merlin unosząc dłoń. -Matthew przygotuj miskę z ciepłą wodą i obmyj Amatis stopy- nakazuje i odchodzi w głąb mojej celi.
-Amatis czekaj tu, a ja pójdę po wodę- mówi Matt i odchodzi. Wzdycham i siadam na zimnej podłodze. Nie planuję już ucieczki, bo wiem, że to bez sensu. Ale pociesza mnie myśl, że jeżeli pójdzie wszystko dobrze to mnie stąd wypuszczą i będę wolna! Przejeżdżam dłonią po bliźnie na udzie w kształcie księżyca. Tak dokładnie to nie potrafię sobie przypomnieć skąd ją mam. Może to być to równie dobrze znamie, ale raczej podejrzewam, że to blizna. Przechodzą mnie ciarki i zabieram dłoń z uda. Przez otwarte drzwi do środka wpadają ostatnie promienie słońca, które już schodzi z nieba. Słyszę jak Matt podchodzi do mnie i stawia przede mną miskę. Odwracam się w jego stronę i zauważam, że jego spojrzenie jest utkwione w mojej bliźnie.
-Skąd to masz?- pyta. Wzruszam ramionami.
-Nie wiem. Sądzę, że to jakaś blizna z dzieciństwa- odpowiadam. Chłopak kręci głową.
-Podwiń rękaw na lewej ręce- rozkazuje, a ja niepewnie spełniam jego polecenie. Chłopak klęka przede mną i przejeżdża palcem po małym słoneczku, który znajduje się na górnej części ramienia.
-O co chodzi?- marszczę brwi.
-To nie blizna- mruczy i wstaje. Również podnoszę się z podłogi.
-Skoro nie blizna to co?
-Znamię- odpowiada zwięźle.
-Skąd możesz to wiedzieć?- prycham.
-Nie interesuj się za bardzo- odpowiada wytykając mi język. Znów opadam na posadzkę, a Matt zbliża się do mnie z szmatką ociekającą wodą, którą przed chwilą moczył w misce z ciepłą wodą. Klęka przed moimi stopami i zaczyna mi je powoli oczyszczać.
-To poniekąd dziwne- zauważam.
-Co?- pyta nie odrywając wzroku od swojej pracy.
-Że czyścisz mi stopy- odpowiadam.
-Co w tym dziwnego?
-Eh, nic. Poza tym nadal mam ci za złe Cookie'go- mówię.
-Wiem- odpowiada. I nic więcej. Po prostu "wiem". I jak tu z nim prowadzić konwersację na poziome? Postanawiam się już więcej nie odzywać.
-Gotowe- informuje mnie po pięciu minutach, a ja zaglądam do miski z wodą, która przybrała teraz barwę szkarłatu. Matt po raz ostatni wykręca ręcznik z wody i zabierając miskę wychodzi. Wstaję na suche stopy, które brunet również wytarł mi suchym ręcznikiem. Wstaję w drzwiach i wyglądam na zewnątrz. Niebo stało się ciemne i już na nim zawitał księżyc, który rzuca srebrzyste smugi na las i trawę po bokach żwirowej ścieżki. Po raz ostatni wdycham świeże powietrze i zamykam drzwi. Odwracam się na pięcie i wchodzę do swojej celi, gdzie jest Merlin i klękając na jednym kolanie robi na podłodze koło z białego proszku.
-Czy to koka?- pytam unosząc jedną brew.
-Jasne, chciałabyś- prycha.
-Byłoby zabawniej- mruczę i siadam pod ścianą w kącie. Rozglądam się po pomieszczeniu. Kwadrat w ścianie, który jest jedynym dostępem światła, jest odsłonięty i srebrzysta smuga pada prosto na moje stałe miejsce. Naokoło słupa, do którego zazwyczaj byłam przyczepiona, było kółko utworzone właśnie z tego białego proszku, którym posługiwał się Merlin. Gdzieniegdzie były żółtawe duże świecie, a na środku pomieszczeniu na podłodze leżała duża skórzana księga, otwarta chyba na środku.
-Czy to będzie jakiś rytuał?- pytam czarodzieja.
-Nie. Chociaż może- odpowiada i podchodzi do mnie z wyciągniętymi dłońmi.
-Czego ty chcesz?- pytam marszcząc brwi.
-Podaj mi dłonie- nakazuje. Niepewnie wkładam swoje dłonie w jego i się unoszę z pozycji siedzącej. Merlin przenosi jedną dłoń na mój policzek i wodzi po nim palcem mrucząc jakieś niezrozumiałe słowa. Następnie przenosi rękę na drugi policzek i na czoło. Na koniec przejeżdża palcem wskazującym po moich wargach. Zamyka oczy i chwilę stoi tak szepcząc coś. Otwiera oczy, a mnie uderza ich żółta barwa. Uśmiecha się do mnie i prowadzi mnie do metalowej rury. Sadza mnie na podłodze i zapina w kajdanki.
-Nie wierzę, że znów dałam się w to wrobić!- warczę.
-To dla twojego dobra, kochanieńka- uśmiecha się jakby ze smutkiem. Woła Matt'a, który po chwili znajduje się w pomieszczeniu. Staje w kącie i krzyżuje ręce na piersi przyglądając mi się uważnie.
-Możemy zacząć. Tylko proszę was, zachowajcie ciszę- mówi Merlin i klęka przed księga. Wyciąga ręce w boki i z zamkniętymi oczami unosi głowę w górę. Przez chwilę tkwi w takiej pozycji, a wokół jego ciała zaczyna się tworzyć błękitna aura. Prostuję plecy i wpatruję się jak urzeczona w błękitną barwę. Usta Merlina zaczynają się poruszać, szepcząc nieznane dla mnie słowa, a ja czuję jak w moim ciele zbiera się ogień. Mam ochotę krzyczeć, ale nie mogę. Merlin zabronił wypowiedzieć chociaż słowo. Głos czarodzieja robi się potężniejszy i mężczyzna wstaje z klęczek. Unosi ręce i zadziera głowę w górę. Jego oczy są zamknięte, ale powieki drgają nerwowo. Słowa wypowiadane przez niego coraz bardziej do mnie docierają. Dobijają się z każdej strony, dręcząc umysł, usiłując znaleźć wejście do mojego wnętrza. Ogień coraz bardziej pali mnie od środka. Przygryzam dolną wargę, a w moich oczach stają piekące łzy. Po chwili nie wytrzymuję i z mojego gardła wyrywa się długi krzyk, ale po chwili znów przygryzam wargę. Czuję jak moje kły się wydłużają przebijając cienką powłokę dolnej wargi. Ciepła krew spływa po mojej brodzie, przez szyję, aż po piersi. Czuję każdy zapach w pokoju, każdy dźwięk. Wszystkie zmysły mi się wyostrzają. Ale nie jest to przyjemne. Coraz kolejny krzyczę i szarpię nadgarstkami. Płynny ogień w moich żyłach rozgrzewa się do granic możliwości. Nie myślę o niczym innym niż o bólu. Z moich oczu teraz już obficie ciekną łzy, spływając po policzkach i kapiąc na podłogę. Moje uszy bolą, jakby miały zamiar się rozerwać.
-Przestań, proszę- szepczę, ale nie słyszę siebie. Zawsze miałam zdecydowany głos i niezbyt dziewczęcy. Tym razem brzmiał on melodyjnie i pięknie, ale smutnie. Mój głos uległ zmianie. Czy tak nie brzmiały elfy? Czy moje uszy stały się szpiczaste? Czy to kły wampira mi wyrosły? Opieram się zmęczona o słup, gdy przestaję czuć ból. Nic nie czuję. Nagle Merlin otwiera oczy, które są koloru płynnego złota. Spogląda na mnie i wyciąga rękę przed siebie i szepcze jakieś słowo a moje ciało wygina się w łuk. Cały ból powraca, ale z podwójną siłą.
-Przestań!- krzyczę. Krew miesza się z łzami skapując na podłogę. Zaczynam szarpać nadgarstkami. Żyły na moich przedramionach się wyróżniają i zauważam, że są szkarłatnej barwy. Nagle czuję przypływ mocy. Cała złość, cały ból kumuluje się we mnie. Spoglądam gniewnie na Merlina. W miarę swoich możliwości klękam na kolana, nadal utrzymując kontakt wzrokowy z czarodziejem. Spoglądam przelotnie na Matta. Zauważam, że w jego oczach czai się strach. Swoją całą uwagę znów zwracam na Merlina, który podnosi głos i coraz wyraźniej wymawia słowa, wywierając u mnie ból. Znów przygryzam wargę i znów czuję ciepłą ciesz, spływającą w dół.
-Merlin, przestań! Ona tego nie wytrzyma!- słyszę Matta. "W każdej chwili możesz to przerwać. Powiedz tylko jedno słowo, starożytna Invictum"- słyszę w swojej głowie. Spoglądam prosto w złote oczy Merlina, które robią się niepewne.
-Hiberentultor*- wypowiadam pewnie słowo, które mi podpowiada umysł. Zauważam jak Merlin opada na ziemię i nieruchomieje. Czuję jak wszystko mnie opuszcza i robię się zmęczona. Zamykam oczy i również upadam, uderzając biodrem o twardą posadzkę. Jedyne co pamiętam, to myśl, że jestem niewygodnie, a później ciemność zabrała mnie w swoje sidła.
___________________________________________________________________________________
Hiberentultor- jest to "zaklęcie" wymyślone przeze mnie, stworzone z dwóch łacińskich słówek xd
Kocham kocham kocham <3 Merlin mi przypomina Magnusa xD I jest psychiczny. Wut mycie stóp? XD Hahahahaha xD /Twoja Żona Inv
OdpowiedzUsuńOoo ♥ Bo on był "kreowany" na jego podstawie, ale później wzięłam to za zgapianie i powoli zmieniam jego charakter xD Wiem, że jest psychiczny ;-;
OdpowiedzUsuńBoski rozdział! chyba Matt zaczyna coś czuć do Amatis heheh
OdpowiedzUsuńKOCHAM TEGO BLOGA /Ola
Uwielbiam Matta i Amatis. :D Rozdział świetny. :3
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać kolejnego i życzę weny :*