sobota, 16 maja 2015

Rozdział 9 ,,Jeden, niewłaściwy krok."

     Czuję uporczywy ból w głowie i, że ktoś ściska mnie za dłoń. Odwracam się szybko na prawy bok i otwieram delikatnie powieki. Obok mojego łóżka siedzi Matt i rozmawia z kimś przez telefon. Gdy zauważa, że się obudziłam szybko kończy rozmowę i spogląda na mnie zatroskany. Przez chwilę nie mogę powstrzymać zdziwienia. Ten chłopak, który ma kamienną twarz i nie obchodzi go nikt ani nic martwi się o mnie? Niemożliwe! Chcę coś powiedzieć, ale Matt mnie wyprzedza.
-Przepraszam. Powinienem wziąć pod uwagę, że straciłaś sporo krwi i przez wiele dni nic nie jadłaś. Zamiast pozwolić ci odpocząć rozkazywałem ci cały czas- mówi i spuszcza wzrok. Przez chwilę wygląda jak skruszony chłopiec. Nie mogę wytrzymać i wybucham głośnym śmiechem, który mimo wszystko daje się we znaki.
-Nic się nie stało. Jeszcze żyję- mówię i ocieram łzę, która spływa mi z kącika oka. Jeszcze nigdy nie widziałam skruszonego Matta, wiec to może być przełomowe zdarzenie w historii.
    Matt unosi wzrok i uśmiecha się szeroko.
-To świetnie! Masz dzisiaj ćwiczenia- mówi i wstaje ze stołka, który przystawił do mojego łóżka. No i bum. Zatroskany Matt zniknął.
-Wiesz co chyba będę chora- udaję kaszel i zakopuję się w kołdrze.
-O nie. Jeżeli się śmiejesz to dobrze się czujesz- słyszę stłumiony głos przez kołdrę.
-To jest kłamstwo!- krzyczę. Nagle czuje jak ktoś łaskocze mnie po stopie. Zaczynam piszczeć i kopać szaleńczo stopami na wszystkie strony. Nagle czuje, że w coś trafiłam, a następnie słyszę łomot. Przerażona prostuję się i wykopuje spod kołdry. Czołgam się przez łóżko i spoglądam za jego krawędź. Na podłodze leży Matt. Ma zamknięte oczy i rozszerzone delikatnie usta.
-Matt! Żyjesz?- pytam, ale nie słyszę odpowiedzi. Nachylam się i z całej siły uderzam go w policzek z płaskiej dłoni. W miejscu, w które został uderzony pojawia się czerwony czerwony ślad, ale żadnej reakcji nie zauważam. -O cholera- mruczę.
   Nagle czuję uścisk na swoim nadgarstku i ląduje na ziemi. No nie do końca na ziemi. Tak dokładnie to ląduje na klatce piersiowej Matta. Po chwili spada na nas kołdra, którą pociągnęłam za sobą stopami, gdy spadałam.
-Matt!- piszczę. Słyszę śmiech i czuję jak klata bruneta się trzęsie. Zaczynam się odkopywać spod kołdry, ale jeszcze pogarszam sprawę zaplątując ją jeszcze bardziej. Przez to, że kołdra się zaplątała to nasze ciała też tak jakby się ze sobą splątały. Moja prawa noga leży pomiędzy nogami Matta, a jedna z moich rąk jakimś cudem znalazła się pod jego koszulką, a druga była trochę niżej. Próbuję się podnieść i naciskam na coś miękkiego. Matt krzyczy głośno, a ja domyślam się co to było. Zamykam oczy i przełykam ślinę.
-Czy to było to co myślę?- pytam.
-Tak- jęczy. W tym momencie cieszę, że jest na nas kołdra i Matt nie może zauważyć jak się rumienię.
-A widzisz?! Wszystko twoja wina!- mówię zirytowana i jakimś cudem schodzę z Matta lądując obok niego. Unoszę ręce i ściągam ze swojej głowy kołdrę. Zaczynam oddychać głęboko, ponieważ pod materiałem zaczęło mi już brakować tlenu. Spoglądam na Matta, który oddycha głęboko z zamkniętymi oczami.
-Przepraszam- mruczę.
-Nie ma sprawy- mówi i spogląda na mnie. Patrzymy przez chwilę na siebie. W końcu nie wytrzymuję i wybucham głośnym śmiechem, a Matt idzie w moje ślady. 
-Jesteś niemożliwa- komentuje i wstaje.
-Cóż moim zadaniem jest uprzykrzanie ci życia- mówię i siadam. Matt ma na sobie czarne spodnie i białą  koszulkę. -Czy czarny i biały to twoje ulubione kolory?- pytam.
-Tak- odpowiada. -A jakie są twoje ulubione kolory?
-Wszystkie odcienie zieleni i niebieskiego. Lubię też czarny połączony z czerwonym- mówię. Matt potakuje głową i patrzy na zegarek, który jest zapięty na  nadgarstku.
-Zaraz zrobię śniadanie. Ubierz się i zejdź na dół- powiadamia mnie i wychodzi.
-I znowu mi rozkazujesz!- warczę. Słyszę, że chłopak się śmieje i zbiega po schodach.
       Wstaję z podłogi i podchodzę do szafy. Otwieram ją szeroko i obrzucam ją szybkim spojrzeniem. Jest parę moich kolorowych ubrań, ale w większości przeważa w niej czerń. Pewnie robota Matta. Z najwyżej półki ściągam czarne dżinsy z dziurami na kolanach, a z trzeciej czarną koszulkę na ramiączkach. Podchodzę do komody i wyjmuję czystą bieliznę.
-Ładny ten staniczek. Lubię koronkę- słyszę czyiś głos. Już chcę krzyczeć na Matta, żeby się wynosił, ale, gdy się odwracam nie zauważam go tylko Merlina, który stoi przed balkonem. Uśmiecham się szeroko, a ubrania wypadają z moich ramion.
-Merlin!- krzyczę szczęśliwa. Mężczyzna rozszerza ramiona czym zachęca mnie do przytulenia. Biegnę w jego stronę i rzucam się na niego. Obejmuję go za szyję i czuję jak on ramieniem obejmuje mnie w biodrach.
-Witaj, Am- mówi wtulając twarz w moje włosy. Przez te parę dni naprawdę bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Merlin zwraca się do mnie nawet skrótem. Odsuwam się od niego.
-Co tu robisz?- pytam.
-Przyszedłem cię odwiedzić. Słyszałam, że straciłaś wczoraj przytomność- marszczy brwi.
-Och, nic mi nie jest. Po prostu straciłam dużo krwi i przez długi czas nic nie jadłam i mój organizm nie wytrzymał- wzruszam ramionami. Merlin przez chwilę patrzy na mnie tajemniczym spojrzeniem, ale już po chwili się uśmiecha.
-Rozumiem. W takim razie idź się ubierz i schodź na dół. Matt chyba robi na śniadanie sałatkę owocową- mruga do mnie jednym okiem i wychodzi.
     Śmieję się sama do siebie i zaglądam do szafy z ubraniami, które są powieszone. Przeglądam ubrania i w końcu natrafiam na coś co mnie interesuje. Jest to turkusowa koszula z luźnego, przewiewnego materiału z białym kołnierzykiem. Zdejmuję ją z wieszaka i wychodzę z pokoju. Wchodzę do łazienki i pierwsze co robię to przemywam twarz. Spoglądam w lustro i zauważam siebie. Mam sińce pod oczami i popękane usta. Policzki zdają się jakieś zapadnięte. Mimo zmiany w wyglądzie uśmiecham się do siebie, pozytywnie nastawiona do świata. Nie wiem kto ani co naładowało we mnie taki optymizm, ale cieszę się, że w końcu go w sobie znalazłam. Dłużej bym chyba nie wytrzymała jako depresyjna nastolatka. Prędzej czy później bym się załamała i skończyła ze swoim życiem. Przecież wszystkie traumy i urazy nie muszą chodzić za mną przez całe życie. Muszę je odepchnąć na bok. Jednakże jednej rzeczy nadal nie mogę przeboleć, chociaż stało się to dwa lata temu. To co mi się stało..przekreśliło wszystkie moje dotychczasowe ambicje. Musiałam zmienić zainteresowania, liceum wszystko. A to przez głupią kontuzję. Chciałam się kontynuować w swej pasji, ale los widocznie tego nie chciał. Spoglądam na swoją kostkę przez, którą musiałam zrezygnować z marzeń. W poprzek niej przebiega długa, blada blizna. Otwarcie złamane. Gdybym wtedy dobrze stanęła..gdybym uważała..może teraz byłoby wszystko dobrze i dalej mogłabym realizować się w...
-Amatis, wszystko ok?- moje rozmyślania przerywa głos Matta dochodzący za drzwi. Otrząsam się i jeszcze raz spoglądam w lustro.
-Tak, jasne. Po prostu...zamyśliłam się. Ubiorę się i schodzę na dół-mówię.
-W porządku. Już zrobiłem śniadanie, wiec czekamy na ciebie- informuje mnie.
-Okej- mruczę i słyszę jak Matt skacze po schodach.
        Ściągam z siebie piżamę i zakładam czystą bieliznę, a brudną wrzucam do kosza na pranie. Następnie wsuwam na siebie skarpetki, a potem dżinsy. Zakładam podkoszulkę i narzucam na ramiona koszulę. Zaczynam ją zapinać guzik po guziku. Następnie sięgam po szczotkę i rozczesuję swoje falowane włosy. Przeczesuje je palcami i zauważam, że sięgają mi już do bioder. Jeszcze nie dawno sięgały lekko za żebra. Szybko urosły. Zastanawiam się czy je związać czy zostawić rozpuszczone. W końcu decyduję się na rozpuszczone z przedziałkiem po środku. Odwracam się w prawą stronę i zaczynam przeszukiwać szafki w celu, że znajdę swoją kosmetyczkę. W końcu ją znajduję.
-Jest- mruczę i ją wyjmuję. Podchodzę z powrotem do lustra i zaczynam przeglądać jej zawartość. Nie ma tam wiele rzeczy. Jedynie maskara, kredka, pomadka, błyszczyki, jakieś cienie do oczu i podkład. Nigdy nie używałam za dużo makijażu. Dzisiaj też nie zamierzam sobie robić mocnego. Przejeżdżam maskarą po rzęsach, następnie robię sobie na powiekach delikatną kreskę. Usta maluję bezbarwnym błyszczykiem o zapachu jagodowym, aby tylko je nabłyszczyć.
-Później umyję zęby. W końcu będę jadła owoce- mruczę sama do siebie i wychodzę z łazienki.
    Na samych skarpetkach zbiegam po schodach i po przejściu salonu znajduję się w kuchni.
-Cześć i czołem wszystkim- mówię uśmiechnięta.
-Już się witaliśmy- mruczy Matt.
-Ach, ale to było wieki temu- macham lekceważąco ręką i siadam na hokerze obok Merlina.
-Jesteś jakaś nadzwyczaj szczęśliwa. Czy ty jej coś dawałeś Matt?- pyta czarodziej.
-Skądże. Ona niestety taka jest z natury- wzdycha i stawia przede mną miskę. Są w niej owoce posiekane w kostkę i polane czekoladą. Zauważam ananasa, arbuza, borówki, jabłko, banana i..mango!
-Mango!- krzyczę szczęśliwa i zaczynam je wyjadać.
-Masz zjeść całe owoce- upomina mnie Matt.
-Się rozumie panie tato- mówię z pełnymi ustami. Brunet odwraca się w moją stronę.
-Słucham?- pyta unosząc jedną brew.
-Zachowujesz się jak mój rodzic. Zrób to, zrób tamto, zjedz to i tak cały czas- wzruszam ramionami dalej jem sałatkę, która jest naprawdę pyszna.
-Muszę o ciebie dbać inaczej ktoś już by mnie uśmiercił- warknął.
-Tak, tak. Tłumaczysz się. Tak naprawdę mnie lubisz- uśmiecham się szeroko.
-W żadnym wypadku. Nie lubię ani cala ciebie.
-Okej, w takim razie mnie kochasz- mówię. Matt krztusi się kawą, którą przed chwilą pił z żółtego kubka. Merlin zaczyna chichotać.
-Coś ty powiedziała?- pyta Matt.
-Oj no tylko żartuję- mruczę. Chłopak patrzy na mnie morderczym wzrokiem.
-Idź spakować luźne ubrania na trening. Już- mówi nie spuszczając ze mnie wzroku. Stawiam głośno miskę na blacie.
-Wytłumaczmy coś sobie. Nie będę słuchała rozkazów osób twojego pokroju- warczę stawiając dłonie na blacie.
-Będziesz. Masz wysłuchiwać moich poleceń.
-Czy mi się zdaję czy to ja jestem tą silniejszą?
-Ty? Chciałabyś- prychnął. -Jesteś małą bezbronną dziewczynką zdaną na moją łaskę.- Mówi. Czuję wzrastający we mnie gniew i ciepło, które ogarnia moje ciało.
-Odwołaj to- warczę.
-Nie.
-Odwołaj to!- tym razem krzyczę.
-Am, wyluzuj- mówi Merlin. Spoglądam na niego spod przymrużonych oczu. Zauważam w jego spojrzenie strach, ale już po chwili się uśmiecha. -Masz przechlapane, Matty- chichocze.
-Ja? Czemu?- pyta zdziwiony. -Mam się bać Amatis? Przecież ona mi nic nie zrobi.
-Nie?- pytam unosząc jedną brew i powoli okrążam blat.
-Dlaczego twoje oczy mają taką barwę?- marszczy brwi. Staję naprzeciwko niego.
-Dlaczego? Och no może dlatego, że ktoś mnie zdenerwował,a  o ile dobrze zrozumiałam posiadam tajemnicze moce, które we mnie drzemią i nad, którymi nie panuję- warczę i czuję jak krew buzuje mi w żyłach.
-Słuchaj. Uspokój się. Nie zachowuj się jak rozpieszczona nastolatka.
I w tej chwili nie wytrzymuję. Z prędkością światła znajduję się przy nim i wykręcam jego nadgarstek tak, że słyszę strzykanie kości. Matt krzyczy przejmująco. Oplatam palce wokół jego ręki i mocno szarpię tak, że chłopak przelatuje nad moim plecami i ląduje na ziemi.
-Wyliże się z tego- mówi Merlin oglądając paznokcie. Otrzepuję niewidzialny pyłek z ubrań. Stoję przez chwilę i oddycham głęboko. Czuję jak cała złość mnie opuszcza, a ciało ochładza. Uśmiecham się.
-No. To pójdę umyć zęby, spakuję się i możemy jechać- oznajmiam i idę w kierunków schodów, a w uszach nadal słyszę jęczenie Matta. 
                                                                    ***
      -Dlaczego muszę tu przebywać?- pytam przebierając dżinsy na czarne leginsy.
-Musisz wyćwiczyć swoją siłę i gimnastykę- mówi Merlin opierając się nonszalancko o framugę drzwi. Zdejmuję koszulę i szybko nakładam na siebie czarną, szeroką koszulkę.
-Uczyłam się gimnastyki przez dobre pięć lat- warczę i wiążę włosy w wysokiego kitka.
-Czemu mówisz to w czasie przeszłym?
-Bo już się tym nie zajmuję.
-Dlaczego?- pyta marszcząc brwi.
-Bo mogę- mówię. Nie chcę udzielać mu na to odpowiedzi. Jest to dla mnie w pewnym sensie bolesne.
-Jasne. W takim bądź razie chodź na salę- mówi i wychodzi przez otwarte drzwi. Idę za nim.
-I tak nie podoba mi się, że muszę ćwiczyć siłę i gibkość. Bez sensu- mruczę.
-Będziesz musiała stawić czoła potężnym osobnikom. Jakiś sens w tym jest- mówi.
-Może trochę- wzdycham.
-Czy zaprzestanie gimnastyki to wina kostki?- pyta ni stąd ni zowąd.
-Co? Skąd wiesz?- pytam zdziwiona.
-Zauważyłam, że czasami kulejesz na prawą nogę i masz bliznę na kostce- informuje.
-Aha- mruczę.
-No to jak?
-Może. To nie była też do końca gimnastyka. To był..taniec- mówię speszona.
-Jakiego rodzaju?
-Nie powinno cię to obchodzić- burczę zdenerwowana na niego, że rozkopuje stare rany.
-Okej. Już się zamykam- mówi i pcha potężne drzwi. Wchodzimy na wielką halę. Są tu worki treningowe, drążki, materace, płotki i inne rzeczy sportowe. Widzę Matta, który stoi w koncie ze skrzyżowanymi ramionami na piersi.
-Przyprowadziłem ją- mówi Merlin i siada pod ścianą zamykając oczy. Podchodzę do Matta.
-Świetnie. Zaczniemy od tego- mówi wskazując w górę. Odwracam się i unoszę wzrok. O cholera. Przełykam ślinę. Pięć metrów nad ziemią wisi deska, który jest przyczepiona do sufitu łańcuchami i ciągnie się w poprzek sali. Odwracam się szybko i wpadam w ramiona Matta.
-Nie zrobię tego- mówię.
-Oj, nie cykaj się.
-Nie zrobię tego.
-Masz lęk wysokości?- pyta marszcząc brwi.
-Nie..to coś innego. Nie zrobię tego- powtarzam się.
-Zrobisz. I jeżeli nie wejdziesz tam z własnej woli to cię tam wrzucę. A to będzie raczej nieprzyjemny sposób, bo istnieje możliwość, że nie trafię- mówi i uśmiecha się okrutnie.
-Świetnie! Ja widzę, że wy chcecie mnie torturować, żebym miała popsutą psychikę!- wydzieram się.
-O co ci chodzi?! To tylko ćwiczenie na równowagę! Czego się boisz?!
-Nie zrozumiesz tego! Mam swoje powody, dobrze?!- krzyczę i zamykam oczy. To właśnie na takim czymś próbowałam zrobić ten krok. I nagle bum. Złe postawienie stopy i całe plany na przyszłość przekreślone.
     Czuję jak ktoś kładzie dłonie na moich ramionach. Otwieram oczy i widzę bezkresną zieleń. To Matt się we mnie wpatruję.
-Posłuchaj. Strach pozostanie strachem dopóki go nie przezwyciężysz. Jeżeli ci się to uda, będziesz miała wielką satysfakcję i będziesz spokojnie oddychał. Rozumiesz?- mówi. Potakuję głową. -Świetnie. A teraz powoli wejdziesz po tamtej drabinie na deskę, dobrze?
-Jasne- mruczę i odwracam się. Podchodzę do drabiny i sprawdzam czy trzyma się stabilnie. Teoretycznie. Stawiam stopę na pierwszym szczeblu i tak cały czas, aż w końcu dochodzę do krańca. Łapię się dłońmi deski po obu stronach i pociągam się unosząc swoje ciało. Po chwili siedzę na niej w rozkroku.
-Doskonale. Teraz wstań- instruuje mnie Matt. Robię to co mówi i łapiąc się łańcuchów staję na nogi. Zauważam, że deska jest wąska, więc muszę mieć stopę za stopą.
-Oddychaj spokojnie i zacznij iść przed siebie- słyszę głos Matta. Moje ręce zaczynają się pocić i czuję dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa. "Spokojnie. Będziesz tylko szła. Nie będziesz po tym skakać"- uspokajam siebie w myślach i stawiam pierwszy krok. Potem kolejny i kolejny. Poruszam się powoli do przodu. Lęk powoli mnie opuszcza. Uśmiecham się do siebie, gdy zauważam, że jestem już w połowie.
-Widzisz? Nie jest tak źle. Ale uważaj jak kładziesz stopy. Jeden nieudany krok i po tobie- mówi. Ostatnie zdanie uderza mnie z podwójną siłą. Właśnie. Jeden mały, nieudany krok, a przekreśla wszystko. Całe życie, wszystkie plany. Dosłownie wszystko.
      Znów zaczynam się pocić, a mój oddech robi się niespokojny. Zamykam oczy i postępuję krok do przodu. Niestety moja kostka układa się pod niekomfortowym kątem i przeszywa ją straszliwy ból. Z mojego gardła wydziera się krzyk. Czuję jak pod powiekami zbierają mi się łzy. Próbuję stanąć na obydwóch stopach, ale zaczynam się chwiać. Zaciskam zęby i postępuję do przodu. To jest niewłaściwe posunięcie. Moja stopa ląduje na krańcu deski i nie wytrzymując obciążenie zsuwa się, a ja razem z nią.

4 komentarze:

  1. To trzecie opowiadanie fantasy jakie czytam i jest najlepsze. :D Uwielbiam to czytać. Piszesz po prostu świetnie. :3
    Życzę weny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. musiałaś skończyć w takim momencie?!?! ja już chcę wiedzieć co dalej z Am! Matt musi ją złapać! Uwielbiam to opowiadanie ♡ powodzenia w dalszym pisaniu /Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja słynę od kończenia w takich momentach! :D
      Dziękuję ♥

      Usuń